Firmy pożyczkowe już niedługo mogą mieć większe problemy, niż Komisja Nadzoru Finansowego, która chce ścisłej restrykcji ich działań. Oto do Polski przybyła bowiem nowa moda, która parabankom może napsuć krwi, choć bywa, że to one są w centrum działania systemu nowinki. Mowa o social lending, czyli – po polsku – pożyczkach społecznościowych.

Portale oferujące pożyczki społecznościowe to wciąż nisza w internecie, ale nisza zdobywająca coraz większe grono użytkowników. Jeśli wierzyć doniesieniom „Dziennika Gazeta Prawna”, w ramach serwisów tego typu dokonano już pożyczek na równowartość 100 milionów złotych.

Serwisy social lending dzielą użytkowników na dwie grupy: pożyczkobiorcy i inwestorzy. Niektóre serwisy umożliwiają tym drugim wykup pożyczek od firm – wtenczas (jak wspomniano na początku) to firmy pożyczkowe są w sercu działania całego procederu. Większość skupia się jednak na łączeniu ze sobą tych, którzy pożyczkę chcą podjąć z tymi, którzy mogą i ją dać. Całość odbywa się na sprawdzonym systemie internetowej sprzedaży. Pożyczkobiorca określa swoje warunki i wchodzi „na rynek”. Tam może go odnaleźć potencjalny inwestor, który jego propozycję może przyjąć lub ją negocjować. Firmy zarabiają głównie na małych prowizjach (które oczywiście tak małe nie są przy odpowiednim mnożniku) i usługach dodatkowych.

W tym momencie serwisy social lending oferują pożyczki złotowe. Czy pokuszą się o dodatkowy trud zaproponowania klientom mini kredytów rozliczanych w kursie euro, czy dolara? Wysiłek, jaki firmy musiałyby podjąć, by uzgodnić to z rekomendacjami KNF sprawia, że starania takie są nierentowne. Wszystko jednak zależy od inwestorów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *